fbpx

Jak zacząć pracę w marketingu? Moja historia! Cz. 2 – Od 0 do eksperta Facebook Ads

2 lipca 2020

Czas czytania: 12 min.

W poprzedniej części dowiedziałeś się, jak to u mnie było ze studiami, dlaczego wybrałam marketing, jak przygotowałam CV oraz wytrenowałam umysł do rozmowy rekrutacyjnej.

Czas na długą opowieść o początkach i rozwoju mojej kariery zawodowej.


 
 
Nie masz czasu na czytanie? Posłuchaj wersji audio!
Listen to „MWWA #81 Jak zacząć pracę w marketingu? Moja historia! Cz. 2 – Od 0 do eksperta Facebook Ads” on Spreaker.





 

Pierwsza praca w marketingu – szykuj się na nudę!

 

Pierwsza praca charakteryzuje się kilkoma ważnymi rzeczami:

  1. Zarabiasz grosze lub zupełnie nic (gdy jest to staż).
  2. Robisz rzeczy nudne i odtwórcze.
  3. Jeżeli masz pretensje do całego świata i nie zachowujesz pokory, to szybko wylecisz.

 

W życiu aplikowałam na 3 darmowe staże i na każdy się dostałam. Finalnie zdecydowałam się pracę w firmie zajmującej się pozycjonowaniem stron, ale też innymi usługami, takimi jak prowadzenie profili w social media.

Pierwszy miesiąc przepracowałam zupełnie za darmo, później płacono mi przez kolejne 7 miesięcy zaledwie 1000 zł miesięcznie. Wyzysk? Jak najbardziej. W obecnych czasach już sporo łatwiej dostać pracę asystenta lub juniora w wybranym zawodzie, ale nie licz na więcej, niż minimalną krajową.

 

Stań przed lustrem i przyznaj sam przed sobą, że nic nie umiesz. Bo to prawda.

 

Teoria na studiach jest bardzo mało warta, a jeżeli nie robiłeś niczego dodatkowego poza zajęciami, to tym bardziej teraz nadszedł czas na pokorę i mozolne pięcie się w górę drabinki zawodowej.

Pomimo marnych zarobków byłam niesamowicie szczęśliwa, że ktoś dał mi szansę na nauczenie się rzeczy w praktyce. Osiem miesięcy w mojej pierwszej pracy wykorzystałam na maksymalną naukę i wyciąganie wniosków z tego, czego doświadczyłam.

Jeżeli ciekawi cię, co wtedy robiłam, to nie było to nic fascynującego. W dużym skrócie: posty na fanpage’ach klientów (na ogół mikrofirmy, nic fancy), podstawy pozycjonowania stron i SEO, nauka podstaw Google Ads. I to w zasadzie tyle.

 

Niestety, w mojej karierze zawodowej widziałam też kilka osób, które podążały zupełnie przeciwną ścieżką.

Jeszcze na długo zostanie mi w pamięci młoda dziewczyna, która przyszła na stanowisko juniorskie w pewnej firmie, w której pracowałam.

Na początku była nawet całkiem pozytywnie nastawiona, ale zaledwie po kilku dniach dotarło do niej, że to nie będzie kawkowanie 20x dziennie, tylko mozolna praca.

Wiecie jak to jest, gdy ludzie już trochę się znają w firmie. Zaczynają się różnego typu żarty na temat, jak kiepsko jest lub będzie, ale wszystko podszyte jest pozytywnym humorem. Tymczasem ona zaczęła narzekać, jakby przepracowała co najmniej 50 lat w jednej fabryce mrożonek.

W kolejnych tygodniach wielokrotnie osoby z firmy słyszały jak rozmawia przez telefon ze swoim chłopakiem i otwarcie narzeka jak bardzo beznadziejną pracę dostała.

Chyba nie muszę wspominać, że z takim nastawieniem w ogóle się nie starała? Ba, nie tylko chyba uprawiała tzw. “włoski strajk”, ale również otwarcie odmawiała przyjmowania nowych zadań, które odciągnęłyby ją od tego żmudnego, głównego (sic!).

Takie nastawienie nigdy nie będzie mile widziane w żadnej firmie.

 

Jeżeli czytasz ten tekst i dopiero masz przed sobą pierwszą pracę, to najważniejszą rzeczą, jaką musisz nabyć to pokora.

Nikt nie skończył studiów i nie został od razu kierownikiem. W zdecydowanej większości sytuacji muszą minąć lata, aby dostać się tam, gdzie się marzy, aby być. I to zupełnie normalne.

Dziewczyna dostała propozycję przedłużenia umowy tylko z powodu gigantycznych braków kadrowych. Gdyby nie to, zostałaby wyrzucona po pierwszym miesiącu.

 

Druga praca w marketingu, czyli syndrom zasiedzenia

 

Po wyrwaniu się z mojej pierwszej pracy, nadszedł czas na gwałtowny wzrost zarobków.
Z poziomu 1000 zł miesięcznie skoczyłam na… 2000 zł miesięcznie! WOW.

Teraz mnie to bawi, ale wtedy byłam naprawdę szczęśliwa. Wiedziałam, że w dalszym ciągu jestem dopiero na początku kariery zawodowej, więc nie miałam ciśnienia, by od razu zarabiać, tyle ile moja mama po 25 latach pracy.

Zdawałam sobie również sprawę, że w dalszym ciągu niewiele umiem.

 

W mojej kolejnej pracy robiłam rzeczy wyłącznie związane z prowadzeniem kanałów social media – i to dużej marki. Wszystko więc szło naprawdę dobrym torem, przy czym pojawił się pewien mały problem.

Każdego dnia robiłam dokładnie to samo. Agencja, w której pracowałam miała 1 wielkiego klienta, dla którego robiła cała firma. W obawie przed jego utratą, wypracowała szereg procedur, które finalnie doprowadziły do jego utraty.

“Jeżeli coś działa dobrze, to po co zmieniać” obróciły się przeciwko nim. Niestety do tej firmy nie docierały żadne głosy rozsądku ze strony szaraczków, taki jak np. ja, więc po mniej niż roku musiałam zastanawiać się nad kolejną pracą.

Nigdy moim celem nie była praca taśmowa, a to mnie czekało przez kolejne miesiące w tej firmie.

Pojawił się też kolejny problem. Pewna menedżerka, delikatnie rzecz ujmując, nie lubiła, gdy ktoś się z nią nie zgadzał. Uważała konstruktywne argumenty za atak na nią, więc moja ewakuacja z tego miejsca musiała nabrać większego tempa :).

Tamten czas odcisnął spore negatywne piętno na mojej psychice – po raz pierwszy zaznałam czegoś takiego jak mobbing. I jak to z nim bywa – był nie do udowodnienia.
Pomimo gigantycznego stresu przez kilka ostatnich miesięcy, to “dzięki” takiemu podejściu do pracowników, wysłałam kilkanaście CV i czekałam na odzew.

 

Bez takiej “zachęty” zapewne dalej tkwiłabym w tzw. “syndromie zasiedzenia”. Jego charakterystyka jest bardzo prosta: osiągasz duża wprawę w tym, co robisz, więc czujesz się pewnie na swoim stanowisku. Po co więc cokolwiek zmieniać?

Często też twoja rodzina uważa dokładnie to samo, demotywując cię do zmiany. Czujesz, że
twoje życie stoi w miejscu lub wręcz cofasz się w rozwoju, ale strach przed kolejnym “wyjściem ze strefy komfortu” jest zbyt przytłaczający.

To pułapka, z której nie umiesz wyjść. Chyba, że nastąpi “przelanie czary goryczy”. Niestety, w wielu przypadkach oznacza to całkowite psychiczne wykończenie.

 

Nie idź tą drogą i nie wierz w słowa mamy, że musisz przepracować w każdej firmie minimum 5-10 lat, aby CV ładnie wyglądało.

 

Moich pierwszych kilka prac trwało mniej, niż rok. W niczym mi to nie zaszkodziło, bo nauczyłam się wielu nowych rzeczy i potrafiłam na rozmowie rekrutacyjnej pokazać się z jak najlepszej strony.

 

Trzecia praca w marketingu – jazda bez trzymanki głową w dół

 

Po odejściu z firmy nr 2 zupełnie przypadkiem rzuciłam się na naprawdę głęboką wodę.

Wysłałam sporo zgłoszeń do firm szukających marketerów i nie wiem jak to się stało, ale kliknęłam “Aplikuj” również przy tej, która chciała zatrudnić specjalistę ds. e-commerce.

 

Chyba nie muszę wam mówić, jak nikłe miałam doświadczenie z tą branżą, prawda?

Bardzo nikłe.

 

Znałam całkiem nieźle zasady marketingu, ale nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z fizycznym założeniem i poprowadzeniem sklepu internetowego.

Aha i jeszcze jedno – to stanowisko miało być kierownicze.

 

Na rozmowę rekrutacyjną przygotowywałam się miesiąc. Wiedziałam, na jakiej platformie ma powstać sklep, więc oglądałam poradniki na YouTube oraz zainstalowałam testowy sklep na swoim serwerze. Przeczytałam “Biblię E-biznesu” oraz wielki podręcznik na temat SEO.

 

Cały okres wypowiedzenia minął mi nauce i stresie. Finalna rozmowa wyszła bardzo dobrze. Rekruterka wyraźnie mnie polubiła, a na końcu musiałam również wymienić kilkanaście zdań z prezesem firmy. Miałam mieszane uczucia, czy dadzą mi szansę, ale przecież widzieli moje CV zanim mnie zaprosili. Byłam więc umiarkowanie dobrej myśli.

Rzecz jasna finalnie nie zostałam żadnym menedżerem, a zwykłym specjalistą, lecz wtedy już wiedziałam, że dostałam gigantyczną szansę na rozwój.

Za mniej, niż 3000 zł rzecz jasna.

 

Pierwsze trzy miesiące, czyli gdzie są drzwi?

 

Dobrze przeczytaliście.

Bez doświadczenia musiałam współpracować z firmą informatyczną, która miała postawić duży sklep internetowy.

 

Decydując się na takie wyzwanie myślę, że wtedy nie do końca wiedziałam jak będzie trudne i stresujące.

Cały sklep miał być gotowy w… 3 miesiące. W teorii miałam otrzymać wsparcie ze strony działu marketingu, ale wtedy liczył on 2 osoby, które jak możecie się domyślić nie miały zbyt wiele czasu na dodatkowe zajęcia. Ówczesna menedżerka tego zespołu dodatkowo spychała na mnie również działania social mediowe.

 

Pierwsze trzy miesiące minęły mi więc na walce o ustalenie, jak ma wyglądać sklep oraz klepaniu pościków na Facebooku i Instagramie marki.

 

Współpraca z firmami IT jest…specyficzna. Jeżeli wykryją, że mało znasz się na technikaliach, to spróbują wycenić nawet najmniejszą pierdołę na tysiące złotych.

 

Pamiętacie moje mikro doświadczenie z budową stron www? Tutaj właśnie niesamowicie mi się przydało. Dobrze wiedziałam, że zmiana tekstu w stopce to nie są 3 dni robocze, a pół godziny pracy co najwyżej. Dzięki nauce HTML i CSS uratowałam pewnie dobrych kilkanaście tysięcy złotych przed zmarnowaniem. Uf!

Wtedy też na poważnie zajęłam się reklamami na Facebooku i w Googlu.

 

Powiedzieć, że codziennie chciałam się poddać, to nic nie powiedzieć.

 

Tak duży zakres obowiązków dla świeżaka po prostu musiał być przytłaczający. I był.

Dałam jednak radę i tuż przed uruchomieniem sklepu dołączył do mojego jednoosobowego teamu menedżer Łukasz.

 

Wtedy przestałam mieć myśli “samobójcze” i zaczęła się jazda z lekką trzymanką.

 

Kolejne miesiące pracy w marketingu – nadchodzi duża fala

 

Praca w sklepie internetowym to nie jest łatwy chleb. W dzisiejszych czasach wielu ludzi zupełnie bez doświadczenia chce zakładać własne i w zdecydowanej większości ponoszą porażkę.

Nie widzę w tym nic dziwnego – handel internetowy wymaga sporych zasobów finansowych i wiedzowych.

Zatrudnienie Łukasza uratowało mnie przed depresją i myślami na temat ucieczki z miejsca pracy. Przejął na swoje barki te rzeczy, których ja zwyczajnie nie potrafiłam robić oraz nie chciałam.

Nie wszystkie oczywiście. We dwójkę było nam dużo łatwiej, ale dalej roboty było w huk.

W dalszym ciągu prowadziłam samodzielnie social media marki, robiłam coraz więcej reklam oraz obsługiwałam sklep internetowy.

 

Przez pierwsze pół roku działalności sklepu byłam więc social media – ecommerce – performance marketing – customer success coś tam coś tam.

Innymi słowy: robiłam cały marketing online oraz obsługę klienta.

 

Doświadczenie obcowania ze wściekłym klientem bywa bardzo stresujące, ale też nauczyło mnie ogromnie dużo na temat potrzeb odbiorców. Niesie ze sobą też duże wyzwania logistyczne (przyjmowanie zwrotów, reklamacji, odbiór towaru, wymiany na inne kolory, pomylone zamówienia… you name it!).

Do dziś staram się kierować empatią i zrozumieniem, co bardzo pomaga mi w reklamach.

Bez znajomości sklepu internetowego od podszewki moim zdaniem nie sposób robić świetne reklamy e-commerce.

 

Rok, dwa i nawet trzy w tej samej pracy – stabilizacja?

 

Po jakimś czasie pracy jako e-commerce-performance-cośtamcośtam nadszedł moment specjalizacji (i wzrostu zarobków).

Sklep rósł, podobnie jak i budżety wszelakie. Do teamu dołączało coraz więcej osób.

Dzięki poprawie sytuacji mogłam zająć się w pełni reklamami, a w sklepie online pełniłam funkcję doraźnego supportu w działaniach.

Taki zakres obowiązków bardzo mi odpowiadał, bo wreszcie mogłam wypłynąć na szerokie wody testowania i nauki reklam na poważnie.

Moja wiedza rosła wykładniczo, również dzięki obecności na grupach facebookowych związanych z social media i reklamami. Jednak głównym motorem nauki było jedno – wyciąganie logicznych wniosków.

 

Analityka zawsze mnie fascynowała, bo to na jej podstawie można poprawiać wyniki, które się osiąga. W firmie nr 2 poznałam solidne podstawy Google Analytics i robiłam całkiem rozbudowane social mediowe raporty (sama się do ich tworzenia zgłosiłam).

Jakiś czas temu skorzystałam również z kolejnej szansy na dobre zmiany w życiu – propozycja przejścia na pół etatu była furtką, dzięki której zaczęłam pracować na freelansie.

 

Początki pracy freelancera – rób to na spokojnie!

 

Tysiące ludzi mają dość etatu i marzą o własnej, małej firmie, gdzie będą mieć swobodę działania, dziesiątki klientów i tysiące złotych każdego miesiąca na koncie…

Stop!

Skończ marzyć i posłuchaj, jak to wygląda naprawdę ;).

Praca jako freelancer nie ma w sobie nawet grama opisanego powyżej romantyzmu.

W dalszym ciągu pracujesz dla kogoś – już nie dla szefa, ale dla swoich klientów. Którzy bywają dużo trudniejsi, niż twój już prawie były przełożony.

Do tematu własnej działalności postanowiłam więc podejść metodycznie. Rzucenie pracy na etacie nie wchodziło w grę.

Po pierwsze – naprawdę ją lubię. Po drugie – stabilność finansowa jest niezwykle ważna w momencie, gdy zaczynasz robić coś “na boku”.

 

Sam pomysł takiego rozwoju kariery również nie pojawił się w próżni. Od ponad roku pomagałam zupełnie za darmo robić lepsze reklamy poprzez udzielanie się na facebookowych grupach.

Ta działalność pokazała mi, że całkiem dobrze umiem w te reklamy i jestem w stanie wziąć pod swoje skrzydła zewnętrznych klientów. Rzecz jasna wpływ na tę opinię miały również moje wyniki reklamowe w pracy na etacie, które zawsze były bardzo dobre.

 

Jeżeli nie masz żadnego doświadczenia, w tym co chcesz robić jako freelancer, to nim nie bądź.

 

Serio. Powoli zbliżamy się do końca mojej drogi “od 0 do bohatera” i jak dotąd mamy za sobą wspomnienia z jakichś 4 lat mojego życia. Bez takiej dawki wiedzy w życiu nie pomyślałabym o przejściu “na swoje”. Weź też pod uwagę etykę swojego postępowania.

Czy chciałbyś jako właściciel firmy zatrudnić kogoś, kto tylko udaje eksperta, a tak naprawdę uczy się zawodu za twoje pieniądze? No właśnie.

 

Przełom w wiedzy i doświadczeniu – praca u Artura Jabłońskiego

 

Nie wiesz, ile potrafisz, jeśli nie zderzysz swoich umiejętnościami z innymi specjalistami.

 

Taki właśnie był jeden z kluczowych powodów, dlaczego postanowiłam orać na łącznie 1,5 etatu (plus freelancowi klienci), wysyłając odpowiedź na ogłoszenie pracy w agencji Artura Jabłońskiego – digitalk.

Przez lata wyniki reklamowe w teorii mówiły same za siebie, ale chciałam się upewnić, czy da się wykręcić jeszcze lepsze rezultaty. Zupełnie innymi lub ulepszonymi sposobami.

Praca u Artura dodała mi mnóstwo pewności siebie. Okazało się bowiem, że mój poziom wiedzy w tamtym okresie był mniej więcej na takim, jak specjaliści pracujący w digitalk. Po przejrzeniu dostępnych kont reklamowych widziałam, że stosują te same taktyki reklamowe i osiągają podobne wyniki.

To był prawdziwy kamień z serca – wreszcie realnie zweryfikowałam swoje umiejętności.

Niestety, nie dane mi było wykorzystać je w pełni, bo dostałam tylko 1 klienta e-commerce. Na domiar złego większość kampanii, jakie robiłam musiała być przeprowadzona w Google Ads, który ogarniam, ale bardzo nie lubię. No życie!

Agencyjna rzeczywistość nauczyła mnie też optymalnej obsługi Asany, czy Slacka, które są praktycznie obowiązkowymi narzędziami w przypadku pracy zdalnej.

Dzięki poznaniu procedur funkcjonowania organizacji bez biura później mogłam wdrożyć niektóre z nich w swojej własnej, jednoosobowej działalności.

 

Nie ma jednak róży bez kolców.

 

Praca zdalna w agencji reklamowej to zupełnie inna bajka, niż odwiedziny w stacjonarnym biurze od 8 do 16.
Musisz naprawdę dobrze umieć w organizację pracy i przeboleć brak kawkowania 3x dziennie. Jednak nie to spowodowało, że zrezygnowałam po 3 miesiącach.

Moja decyzja podyktowana była dwoma ważnymi cechami pracy w jakiejkolwiek agencji – reklamowej, marketingowej, czy towarzyskiej.

 

Pierwszą z nich było dzwonienie i odbieranie telefonów od klientów. Nienawidzę tego całym sercem i duszą. Jest to dość absurdalne, wiem, bo przecież robię konsultacje online… Dlatego nie umiem wytłumaczyć tej mojej gigantycznej niechęci do kontaktu głosowego. Do dziś tak mam i coś czuję, że nigdy nie będę mieć telefonu firmowego.

Nie czuję po prostu takiej konieczności, więc po co się zmuszać?

 

Drugą wadą pracy w niemal każdej agencji jest to, że rzadko kiedy możesz wybrać sobie, z kim chcesz pracować. Umowa jest podpisana, masz moce przerobowe, no to do roboty. Nawet jeśli nie lubisz danej branży, klient jest średnio przyjemny, czy też preferujesz np. Facebook Ads, a nie klepanie reklam w Google.

 

Podsumowując ten krótki etap w życiu – polecam ci pracę w agencji, jeżeli lubisz tego typu obowiązki zawodowe – nie przeszkadzają ci ustalenia telefoniczne, brak możliwości wyboru klienta, czy też mocno ograniczony dostęp do marki, którą promujesz.

Sama bardzo doceniam możliwość pracy w miejscu, gdzie “czuję” markę i produkty. Niestety niemożliwe jest, by osiągnąć taki stan, mając pod sobą kilkunastu klientów, z którymi kontaktujesz się maksymalnie raz w tygodniu.

 

Własna firma, czyli freelance na poważnie – koniec mojej drogi?

 

Jednoosobową działalność gospodarczą założyłam dopiero w styczniu 2020 roku, mimo, że brałam zlecenia na audyty i konsultacje miesiące wcześniej.

 

Dlaczego?

 

Ano dlatego, że skupiłam się na rozwoju bloga i podcastu. Kilkunastu klientów, którzy nie przestraszyli się umowy o dzieło, czy zlecenia przerodziło się nawet w kilku stałych, z którymi mam kontakt do dzisiaj.

Wciąż tkwiąc jedną nogą w etacie, “poszłam na swoje” i muszę przyznać, że te pół roku minęło mi w błyskawicznym tempie.

 

Konsultacje i audyty dają świetny wgląd w potrzeby, problemy i oczekiwania klientów. Dzięki nim nie tylko zarabiam całkiem nieźle, ale też dają mi mnóstwo inspiracji na nowe teksty na blogu i produkty płatne.

 

W początkowych miesiącach miałam również kilku reklamowych klientów, ale nasze drogi się rozeszły. Dziś uważam, że była to jedna z najlepszych decyzji w życiu.

Nie będę tutaj rozpisywać się dokładnie o co poszło: w dużym skrócie moje wyniki były bardzo dobre, ale osoba odpowiedzialna za ich interpretację uznała, że samodzielnie zrobiłaby porównywalne. Tyle ;). Rozstaliśmy się we względnej zgodzie a ja mam psychikę w dużo lepszym stanie, niż miałam w czasach współpracy.

Jeden z tych klientów przez ponad miesiąc nie opłacił faktury i dopiero groźby o skierowanie sprawy do sądu dały mu do myślenia, że jednak chyba warto płacić za wykonaną pracę.

 

Jak widzisz, nawet ktoś, kto nie zdobył ani jednego klienta reklamą, może trafić na bardzo kiepskich partnerów w biznesie. Każda z osób, które zdecydowały się wykupić u mnie dowolną usługę zrobiła to, bo wcześniej mnie kojarzyła. Z bloga, czy grup na Facebooku.

Taka sytuacja jest dla mnie niezwykle komfortowa, bo paradoksalnie nie lubię “twardej” sprzedaży.

 

Daje mi też niemal pewność, że po pierwszym mailu dojdzie do porozumienia i realizacji usługi.

Firmy, które mają klientów głównie z reklam niestety często tracą mnóstwo czasu na korespondencję z ludźmi, którzy finalnie nie są zainteresowani. Zazwyczaj dlatego, że nagle dochodzą do wniosku, że woleliby mieć usługę wykonaną za darmo lub półdarmo.

Z tego powodu od początku mojego freelancu w odpowiedniej zakładce każdy chętny może znaleźć cennik z jasno określonymi stawkami.

Rozważania na temat przyszłości pozostawię sobie na inny tekst.

Dziś dowiedzieliście się, jak wyglądała moja droga od “0 do bohatera”. Z pewnością jeszcze się nie skończyła. Ba, to dopiero początek!

 

PODSUMOWANIE CZĘŚCI 2

 

Nauka marketingu, niezależnie czy dotyczy e-commerce, “miękkich” działań wizerunkowych, czy twardej sprzedaży wymaga cierpliwości, odporności psychicznej i czasu.

Jeżeli jesteś na początku swojej drogi zawodowej,szykuj się na żmudną i samodzielną pracę. Żaden szef, przełożony, czy kolega nie zmotywuje cię do ulepszania swoich umiejętności.

Musisz sam do tego dojrzeć.

Warto, byś każde doświadczenie życiowe traktował jako lekcję, dzięki której wyciągniesz wnioski na przyszłość. Dzięki nim przeskoczysz każdego, kto tylko odbębnia pracę od 8 do 16 i nie ma ambicji, by być realnie lepszym w tym, co robi.

 

 

 


 

 

 

Dodaj komentarz



ofiszial-foto-blog-homepage-2-szaryv2-kw

O mnie

Cześć, jestem Natalia!

Od 5 lat prowadzę kampanie w Facebook Ads i Google Ads. Codziennie znajdziesz mnie na grupie Tygrysy Socialu, gdzie zupełnie za darmo dzielę się wiedzą z zakresu performance marketingu.

Zawodowo obecnie skupiam się na konsultacjach i audytach kont reklamowych Facebook Ads oraz robię reklamy dla branży e-commerce. Więcej informacji znajdziesz na stronie Współpraca :).

Możemy też współpracować dużo szerzej - napisz, czego potrzebujesz a na pewno razem stworzymy coś fajnego!

Odbierz darmowe materiały

Otrzymaj dostęp do WSZYSTKICH darmowych materiałów, które kiedykolwiek opublikowałam na blogu i które opublikuję w przyszłości.

Nie musisz wypisywać i zapisywać się ponownie, aby być na bieżąco! Wystarczy, że sprawdzisz tajny folder Google Drive :)

Link do tajnego folderu Google Drive z materiałami znajdziesz w mailu powitalnym. Jako bonus dorzucam też w nim historię założenia bloga :).

 

logo-podcast-mini-marketing

Podsłuchaj mojego podcastu!

3x w miesiącu publikuję wersję audio moich artykułów.

Dzięki temu zawsze będziesz na bieżąco, nawet jeśli nie masz czasu czytać!

Zamów Audyt Facebook Ads

Jeśli potrzebujesz kompleksowej analizy Twoich reklam.

ZOBACZ OFERTĘ

Umów się na Konsultację Facebook Ads

Gdy chcesz porozmawiać o konkretnej kampanii lub masz ogólne pytania.

ZOBACZ OFERTĘ

Natalia Charzyńska

NIP: 9591945115 | REGON: 385244620 | mail: [email protected]

Copyright charzynska.pl ©  All Rights Reserved