strefa komfortu

Strefa komfortu? Nie wychodź z niej. Serio.

Czas czytania: 5 min.

Ten felieton to nie ironiczne rozprawienie się z leniami. Wręcz przeciwnie – moim zdaniem w większości sytuacji lepiej nie wychodzić ze strefy swojego komfortu, bo ryzykujesz… załamaniem nerwowym.

Niniejszy tekst jest wyłącznie moją subiektywną opinią, popartą dowodem anegdotycznym w postaci własnych doświadczeń. Jeśli chcesz się podzielić opinią  – na dole tekstu znajdziesz przycisk do wzięcia udziału w dyskusji na Facebooku :).

 

Co to właściwie jest strefa komfortu?

 

Coache motywacyjni, psychologowie oraz copywriterzy kserujący cudze artykuły, zapełniając w ten sposób blogi firmowe – każdy z nich jest piewcą, że strefa komfortu to, coś złego.

Szkoda, że nie piszą, czym jest tak naprawdę.

Bycie leniwym to nie strefa komfortu. Strefa komfortu to nie emanacja lenistwa.

Są to zupełnie dwa różne byty a mieszanie ich doprowadzić może do katastrofy.

Skąd to wiem? Bo sama jestem ofiarą takiego stylu myślenia.

Strefa komfortu to obszar twojego życia, gdzie czujesz się sam ze sobą w optymalny sposób.

Jeśli nie lubisz kompotu z suszu, to grzecznie odmawiasz podczas wigilijnej kolacji, pomimo, że obleśny wujek Stefan bardzo ochoczo (i już nieco bełkotliwie) cię zachęca tekstem “Ze mną się nie napijesz?”.

Gdy szef prosi cię o przeczyszczenie kibla w firmowym WC, bo oszczędza na etacie, to również wtedy twoja strefa komfortu może zostać naruszona, co zamanifestujesz wytłumaczeniem, że niestety, ale właśnie robisz ważny raport i toaleta musi poczekać.

W odróżnieniu od bycia leniwym ignorantem, w tej konkretnej sytuacji masz do wykonania po prostu coś innego, co nie wywołuje w tobie skrajnie negatywnych emocji.

No właśnie.

 

Dlaczego Twoje reklamy nie działają?

Jak rozpoznać, że wychodzę poza strefę swojego komfortu?

 

Nie myl tej strefy z obszarem “nie chce mi się, ale muszę”. Tego typu odczucie to tylko lekki zefirek, w porównaniu z opuszczaniem swojej bezpiecznej bazy.

Nawet jeśli dosłownie NIENAWIDZISZ mycia naczyń, to zmuszenie się do tej czynności nie jest wychodzeniem ze strefy komfortu. Natomiast wystąpienie przez tysiącem ludzi na konferencji, podczas gdy jesteś skrajnym introwertykiem, to już właśnie wyjście z niej nie jedną stopą, a całym sobą.

Najlepszym sposobem, aby rozpoznać, co jest realną strefą komfortu a nie tylko wymówką przed zrobieniem czegoś, jest wykonywanie danej czynności wielokrotnie na przestrzeni czasu.

Bywa, że po prostu nie masz ochoty myć tych cholernych naczyń, ale być może za 2-3 godziny humor ci się poprawi za sprawą kubełka z KFC i tę czynność wykonasz ze znacznie mniejszym oporem.

 

 

Kiedy nie wychodzić ze strefy komfortu?

 

Zupełnie inaczej dzieje się, gdy jesteś tym nieszczęsnym mówcą konferencyjnym i za każdym razem, dosłownie każdym nienawidzisz tego. Zarówno przed, jak i po wykonanym zadaniu. Kolejnym symptomem, który pokazuje, że nie warto zmuszać się akurat do tej konkretnej czynności jest utrzymujące się kiepskie samopoczucie przed, w trakcie i po jej wykonaniu.

To coś diametralnie innego od chęci np. zagrania domowego koncertu na gitarze, pomimo ogromnej początkowej tremy. Dlatego tak ważne jest spróbowanie kilka razy. Być może naprawdę jest to tylko trema, która minie z biegiem czasu.

Jeśli jednak nie mija, a twój dzień jest rozwalony, bo wciąż myślisz wyłącznie negatywnie o tym, co musisz zrobić – to jest właśnie moment, kiedy przestajesz to robić. I tyle.

Nie ma sensu robić rzeczy, które tylko pogarszają twoją jakość życia, w imię bycia “hustlerem”, czy też odnajdywania “nowej wersji siebie”.

Z mojego doświadczenia wynika, że pozbycie się zadań, które wywoływały wyjątkowo duży i stały dyskomfort, dały mi zastrzyk energii, której potrzebowałam do rozpoczęcia rzeczy, na które miałam ochotę, ale jakoś zawsze brakowało czasu albo właśnie dobrego samopoczucia.

 

Bywa wręcz tak, że tak mocno blokujemy swoje życie w imię „hustlingu”, że porzucamy wszystkie inne czynności, które dawały nam satysfakcję! To szybka droga do depresji.

 

 

 

Kiedy warto wyjść ze strefy komfortu?

 

W sytuacji, gdy naprawdę czujesz, że chcesz to zrobić. Ty, a nie otoczenie, mentorzy, nauczyciele, partner, czy partnerka.

 

Dla mnie takimi kluczowymi momentami były:
1. Rozpoczęcie udzielania się na grupach na Facebooku.
2. Założenie bloga.
3. Założenie firmy.

Kolejnym będą kursy i e-booki – jak widać, jest to naprawdę spora strefa dyskomfortu, bo mówię o tym od roku :). Dlaczego tyle to trwa? Za chwilkę się dowiesz.

Idealne momenty do zdrowego i sensownego wyjścia ze strefy komfortu to właśnie takie kamienie milowe naszego życia prywatnego, czy zawodowego. Dla jednej osoby będzie to rzucenie pracy w korpo i rozpoczęcie kariery stolarza, dla kogoś innego zakończenie toksycznego związku.

Każdą z takich sytuacji łączy jedno – samodzielnie i z własnej woli czujesz, że ta zmiana wyjdzie ci na lepsze. Pomimo początkowych trudności.

Nie ma nic gorszego, niż pójście za tłumem, w obawie, że robienie rzeczy, których się boisz, ale ich pragniesz, spowoduje zawód mamy, czy złość chłopaka. Równie źle oceniam wszelkich coachów, wpychających do gardła okrągłe teksty w stylu “Jeśli nie zrobisz TEGO dzisiaj, będziesz nikim”. Na ogół “to” jest zakupem ich zarąbiście drogiego kursu, ale bywa też tak, że w konkretnej branży czynność “A” jest tą najbardziej pożądaną i domyślnie uznawaną za docelową.

W mojej działalności jest to np. uczestnictwo w konferencjach, czy robienie szkoleń na żywo. Ani jedno, ani drugie mnie nie jara, choć wciąż słyszę z tyłu głowy, że “powinnam”.

 

A co jeśli ci świetnie w strefie komfortu?

 

To super. Serio! Nie każdy na świecie musi mieć ambicję jej przekraczania – to brzmi jak obelga, ale nią nie jest. Potrzebujemy ekspedientek sklepowych, śmieciarzy, ludzi pracujących na produkcji, pań sprzątających itd. Gdyby nie oni, my nie moglibyśmy snuć marzeń o „wychodzeniu ze strefy komfortu”. Zwyczajnie by nie istniała.

Jeśli jesteś jedną z takich osób i ci świetnie tam, gdzie jesteś, to tam zostań.

Nikt na łożu śmierci nie powiedział „szkoda, że nie pracowałem więcej, robiąc rzeczy, których nienawidzę”.

 

 

Cegiełka za pomoc

Czym dla mnie była strefa komfortu i jak przestaję z niej wychodzić?

 

Nie każdy potrzebuje być tym, kim chcieliby nas uczynić inni. Na dzień dzisiejszy z własnego doświadczenia już wiem, że branie na siebie dużej liczby konsultacji 1 na 1 spowodowało, że odsunęłam od siebie czynności, które sprawiają mi o wiele więcej radości i wywołują dużo mniej dyskomfortu.

To dlatego teraz 2-3 konsultacje tygodniowo to absolutne maksimum, pomimo, że zapasy czasowe mogłyby mi pozwolić na 10 czy nawet 15 konsultacji. Jasne, to prowadzi to mniejszych zarobków, ale wiesz co? Czuję się z tym O WIELE lepiej, niż będąc zarobioną po pachy.

Obecnie wolę nie zarobić 1000 zł, niż mieć je w kieszeni, razem ze stanami przeddepresyjnymi.

Sporo w głowie na ten temat ułożyła mi również książka “Inaczej” Radka Kotarskiego. Polecam ją mocno, jeśli chcesz zrozumieć, dlaczego daną rzecz gratyfikacji finansowej robisz z ochotą, podczas gdy wołami cię nie zaciągną, jeśli ktoś za to samo zaproponuje…kasę.

 

 

 

 

 


 

 

 

Dlaczego Twoje reklamy nie działają?

Korzystam z plików cookies. Zajrzyj do Polityki prywatności albo kliknij OK!